Niedawno zostaliśmy uraczeni ekranizacją
jednego z opowiadań Stephena Kinga
pod tytułem „1408”. Obraz z Johnem Cusackiem i Samuelem L. Jacksonem był zwrócony w stronę klasycznego horroru, w
którym wątek obyczajowy pełnił dosyć marginalną funkcję. Skoncentrowanie akcji
na jednym głównym bohaterze i jego zmaganiach z siłami nadprzyrodzonymi
stworzyło makabrę nie wymagającą od widza wiele wysiłku intelektualnego. Ani
pogłębionego portretu psychologicznego bohatera, ani specjalnego przesłania w
nim nie dostrzegłem. Przeciwstawia się temu kolejna ekranizacja prozy
amerykańskiego pisarza – „Mgła” w
reżyserii Franka Darabonta. Chociaż
w serwisach internetowych poświęconych filmowi „Mgła” jest skategoryzowana jako horror, nie jest to jego
najmocniejsza strona, a i intencją twórców nie było stworzenie typowego filmu
grozy. Owszem, obraz zawiera elementy horroru, ale bezgraniczne poszerzanie
spectrum wywoływania strachu nie stanowi kwintesencji całości, najważniejszego
wątku. W przeciwieństwie do „1408” „Mgła”
nie przestraszyła mnie ani razu. Atutów filmu należy więc poszukiwać na innej
płaszczyźnie, co poczytuję sobie za moje zadanie. Ale najpierw słów parę o
fabule.
Mieszkańcy miasteczka w stanie Maine
(jakżeby inaczej, w końcu King prawie we wszystkich swoich powieściach i
opowiadaniach zaludnia tej piękny zakątek USA najgorszymi stworami i umieszcza
w nim najniezwyklejsze wydarzenia) zostają uwięzieni w supermarkecie. Wszystko
dookoła osnuwa tajemnicza mgła, w której czai się niepojęta siła. Wkrótce wiemy
jedno – każdego, kto opuści sklep, czeka pewna śmierć. Dodatkowo istoty kryjące
się we mgle niekoniecznie mają zamiar czekać na swoje ofiary i niedługo potem
przypuszczają atak. Uwięzieni w supermarkecie tworzą mikrospołeczeństwo
postawione przed sytuacją ekstremalną. Niedługo trzeba czekać na pojawienie się
pierwszych konfliktów. Czy nawet w krytycznej sytuacji ludzie nie potrafią
zjednoczyć się w jednym celu: aby walczyć o uratowanie życia?
Główną rolę w filmie gra znany z „Punishera”Thomas Jane, wcielając się w postać Davida Draytona. To on stanowi główną oś zainteresowania
oglądających, wyraźnie wyróżnia się z tłumu i budzi najwięcej sympatii. Z
jednej strony jest twardzielem, opoką walki z nadprzyrodzoną mocą, z drugiej
opiekuńczym ojcem dla swojego małego synka, którego pragnie wydostać z całej
kabały. Od razu przeciwko niemu zbiera się opozycja, która specjalizuje się w
tworzeniu chaosu i podburzaniu i tak już niespokojnego tłumu. Po stronie
głównego bohatera staje bardzo sympatyczny Ollie
Weeks (Toby Jones), szary
człowieczek, właściciel supermarketu, który zupełnie niespodziewanie okazuje
się świetnym rewolwerowcem. Najbardziej intrygującą, ciekawą i jednocześnie
odrzucającą postacią jest świetnie zagrana Mrs.
Carmody (w tej roli Marcia Gay
Harden, zdobywczyni Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej za rolę w
filmie „Pollock” i nominowana do
tejże za „Rzekę tajemnic” Clinta
Eastwooda). Kobieta jest fanatyczką religijną, dewotką i prorokinią w
jednej osobie, która widzi w kataklizmie karę boską za arogancję i inne grzechy
ludzi. Jej działalność jest na tyle negatywna, że nie tylko doprowadza do
podniesienia gorących nastrojów, ale w pewnym momencie inspiruje tragedię. Rola
zagrana przez Gay Harden zasługuje
na szczególną uwagę i docenienie świetnej gry aktorskiej.
Tak skompletowana ekipa kilkudziesięciu
ludzi, zdezorientowana, rozdarta między dwoma przeciwstawnymi ideami
rozwiązania problemu stawia przed nami następujące pytanie – co tak naprawdę
stanowi największe zagrożenie: tajemnicze siły we mgle czy zło ukryte wewnątrz
każdego człowieka? Przecież tak łatwo znaleźć ofiarę, którą można obarczyć winą
za wszystko, co najgorsze. Widać tu wyraźnie, że na Kingu swego czasu duże
wrażenie wywarła powieść Williama
Goldinga „Władca much”… Duszna atmosfera jest tu wyraźnie widoczna, a sama
idea antagonizmu w grupie walczącej o przetrwanie ogrywa najistotniejszą rolę.
Wspomniałem, że samej grozy w filmie
jest niewiele, efekty specjalne nie robią porażającego wrażenia. Co więcej,
spotkałem się na sali z kilkoma wybuchami śmiechu. I rzeczywiście, jeżeli
chodzi o potwory, nie są specjalnie przerażające. Bardziej śmieszą, ewentualnie
są nieco niesmaczne. Krwi także nie jest za wiele, ot raz oderwane nogi, ale
cóż to wobec innych dużo brutalniejszych historii pisarza?
Montaż filmu kieruje nas na tory
produkcji niskobudżetowych i kręconych w szybkim tempie. Zresztą sam Darabont
wypowiada się w następujący sposób: „Chciałem
odłożyć na bok precyzyjne cyzelowanie na rzecz partyzanckiego filmowania,
zrobić zdjęcia w super tempie i na tyle niedrogo, na ile tylko pozwala
materiał.Niektóre z najlepszych
horrorów miały właśnie bardzo niski budżet i były realizowane w ekstremalnie
szczupłych ramach czasowych, do tej właśnie tradycji chciałem wrócić.”.
Oglądamy film, który najbardziej skupia
się na samych uczestnikach akcji, a nie na wydarzeniach, relacjach między
ludźmi w krytycznej sytuacji, walce dobra ze złem w samych bohaterach. Mimo, że
nie otrzymujemy solidnej dawki horroru, rekompensuje ją duszna, nerwowa
atmosfera, emocje tłumu i dramaty pojedynczych jednostek ukryte gdzieś w toku
zdarzeń (warto zwrócić uwagę na syna Draytona, przerażonego, nierozumiejącego
tego co się dzieje i tęskniącego za mamą). W tym momencie należy postawić
zasadnicze pytanie – czy idea i przesłanie produkcji jest warte przebrnięcia
przez przecież dosyć przeciętną i prostą warstwę fabularną? Odpowiedź,
subiektywna i zapewne różna od wielu innych, w następnym akapicie.
Tak jak w praktycznie każdej historii
wymyślonej przez Stevena Kinga współgrają dwie idee – stworzenie interesującego
ciągu wydarzeń, które co pewien czas urozmaica pojawienie się czegoś strasznego
i zgłębienie psychiki bohaterów, zrozumienie ich postaw, wzbudzenie w odbiorcy
empatii, pokazanie bezpośredniego powiązania i skutków wtargnięcia
niespodziewanego wydarzenia w życie codzienne jednostki. W „Mgle” niewiele naprawdę jest dobrego
horroru, sytuację nieco ratuje mroczny klimat klaustrofobicznego miejsca, w
którym przychodzi nam spędzić wraz z bohaterami blisko dwie godziny. Stwory,
które nawiedzają supermarket są naprawdę zabawne, doskonale nadawałyby się do
rozładowania strachu… gdyby tylko takowy się pojawił. A sedno sprawy,
błyskotliwa alegoreza ludzkiej natury? Pomysł na pewno ciekawy i godny
odnotowania. Duży plus za pomysł i nienajgorszą realizację, szczególnie dzięki
roli Marcii Gay Harden. Odniosłem
jednak wrażenie, że oprócz kilku głównych bohaterów resztę uwięzionych
potraktowano jak ciemny tłum, który dostosowuje się do udowodnienia pewnej
narzuconej tezy, „wyrównania ciężarków” na szali przedstawionych postaw. Trudno
jednak wymagać, by kilkadziesiąt osób emanowało indywidualnymi cechami, gdy
można zunifikować dwie postawy w dwóch przeciwstawnych postaciach. Muzyka
niespecjalnie podbudowuje klimat, jest jakby nieco spłaszczona i wyciszona.
Dopiero pod koniec pojawia się niezły motyw, ciągnący się już do samego
zakończenia. A zakończenie można uznać za bardzo oryginalne, pozostawia na
chwilę w zadumie, skłania do zastanowienia się nad przewrotnością losu.
Nie potrafię postawić
zdecydowanej diagnozy. „Mgła” jest
ciekawym, dynamicznym filmem, aspirującym do przekazania widzowi głębszej
treści. Na pewno daleko jej do najwybitniejszych obrazów; nie odradzam i
szczególnie nie polecam. Film jest skierowany do szerokiej publiczności
ceniącej akcję, ale lubiącej także trochę pomyśleć oraz oczywiście do fanów
Kinga. Zapewne wspomnienie „Mgły”
zawiśnie przez jakiś czas w pamięci widzów, ale po jakimś czasie rozwieje się
wraz z nadejściem innych nowości. Frank
Darabont nie powinien się tym szczególnie martwić, gdyż jak sam mówił w
wywiadach, zrobił ten film dla własnej frajdy i z sentymentu dla historii, z
którą zapoznał się jeszcze na początku lat osiemdziesiątych. Poza tym ma już na
swoim koncie inną ekranizację Stephena Kinga, „Skazanych na Shawshank”, o której pamięć nie minie przez długie
lata, bo pretenduje do roli najlepszego filmu wszechczasów.