„Control” (reż. Anton Corbijn) to film o burzliwym życiu i
śmierci Iana Curtisa, wokalisty legendarnej grupy Joy Division. To posępny i
przygnębiający film, który wart jest polecenia nie tylko fanom Curtisa.
Jak wiadomo rock and roll jest tematyką, która idealnie
nadaje się do wykorzystania w filmie. Udowodnił to choćby Rob Reiner - reżyser filmu „This is Spinal Tap”. Jednak z
drugiej strony Oliver Stone swoim filmem „The Doors” pokazał, że można zepsuć
nawet taką historię jak biografia Jima Morrisona i spółki. W takiej sytuacji
niewiadomą pozostawało to co zaprezentuje Corbijn, gdyż już w swoim reżyserskim
debiucie (do tej pory był znany jako fotograf i twórca teledysków m. in. U2 czy
Depeche Mode) postawił przed sobą wyjątkowo trudne zadanie jakim jest zmierzenie
się z legendą Joy Division.
Musze przyznać, że wiele obiecywałem sobie po tym filmie i
zdecydowanie się nie zawiodłem. Oglądając go odniosłem nieodparte wrażenie, że
oglądam dzieło, którego twórcy działają w undergroundzie. Jest to zdecydowany
atut tego czarno-białego filmu - dzięki temu ma wyjątkowy niepokojący klimat i
działa w jakiś diaboliczny sposób na wyobraźnie widza. Bardzo dobre wrażenie
zrobiły na mnie zdjęcia (brawa dla Martina Ruhe’a) przedstawiające ponury
światek robotniczego Manchesteru z lat siedemdziesiątych. Od razu widać, że
Corbijn jest także fotografem, który potrafi przy pomocy niewielkich środków
wpłynąć na odbiorcę. Spokojna praca kamery i odrażające miejsca, w których
rozgrywa się akcja filmu potęgują niepokój, odrazę i współczucie dla ludzi
zmuszonych żyć w tym przerażającym otoczeniu. Całość uzupełnia doskonała,
mroczna muzyka nie tylko zespołu Joy Division, ale także takich wykonawców jak
David Bowie czy The Velvet Underground. Film jest smutny i przygnębiający, ale
jednocześnie niesie ze sobą ogromny ładunek emocji. Jest wstrząsający, a
zarazem piękny.
Historia Iana Curtisa to ból i cierpienie, szaleństwo i
samotność. Film nie jest pospolitą biografią, jest raczej refleksją nad
wewnętrzną walką wyalienowanego i pełnego sprzeczności człowieka. Sam Riley - odtwórca
głównej roli - sprawdza się wybornie. Zagrana przez niego postać jawi się
wyjątkowo autentycznie. Curtis był typowym stereotypowym geniuszem, czyli
człowiekiem samotnym, który nie mógł liczyć na zrozumienie z niczyjej strony,
osobą dziwną, nawet przerażającą.
Akcja filmu rozgrywa się głównie w odrażającej robotniczej
dzielnicy Manchesteru i w ciasnych, zadymionych klubach, w których odbywają się
koncerty. Curtisa poznajemy jeszcze w czasach gdy uczęszczał do szkoły. Już
wtedy widoczna była jego odmienność. Monotonia była jego codziennością. Ogromny
i nudny Manchester, dalece inny od barwnego i tętniącego życiem Londynu nie
oferował niczego. Sfrustrowane społeczeństwo potrzebowało jakiegoś zastrzyku
adrenaliny. Nie wystarczały już środki odurzające w postaci silnych
antybiotyków, które Curtis kradł starszym panią. Potrzebna była jakaś
diametralna odmiana. Zbuntowany do szpiku kości punk rock był idealną receptą dla
skostniałego robotniczego miasta. Na punkowej fali popłyną także Ian Curtis,
który wraz ze swoimi kumplami założył zespół Warsaw, którego nazwa pochodziła
od tytułu piosenki ich idola, Davida Bowiego. Niestety nazwę zmieniono gdyż
istniał już zespół o nazwie Warsaw Pact, nowym pomysłem było Joy Division. Od
tego momentu kariera zespołu zaczęła rozwijać się dynamicznie, równie szybko zaczęły
narastać problemy Curtisa …z Curtisem. Nie sposób było ukryć jego strasznej
choroby jaką była padaczka. Dawała o sobie znać w trakcie męczących tras
koncertowych, gdy dostawał ataków na scenie. Jego słynny i obłąkany taniec przy
mikrofonie także miał swą genezę w chorobie. Jednak największym kłopotem
Curtisa były związki z dwiema kobietami. Kochał swoja żonę i córkę, ale także
nie mógł żyć bez pięknej Belgijki Annik (Alexandra Maria Lara). To właśnie
potęgowało w nim poczucie winy i rozpacz. Nie potrafił się z niczego cieszyć.
Ponura historia kończy się, zgodnie z legendą, którą podtrzymuje autor filmu,
jakoby Curtis miał powiesić się po obejrzeniu filmu Wernera Herzoga pt.
„Stroszek”.
Końcówka, podobnie jak cały film, jest maksymalnie
przygnębiająca. Jednakże warto zastanowić się dlaczego ta historia musiała tak
się skończyć, dlaczego Curtis który stał u wrót sławy wolał odejść na zawsze.
Niewiadomo, może po prostu był odmieńcem, którego trudno zrozumieć, a może
wszystko jest klarowne i oczywiste? Wiadomo, że był osobą o niezbyt stabilnej
psychice, więc taki natłok problemów i nieszczęść prowadził jedynie do skrajnej
depresji. Curtis jest postacią arcydramatyczną - musi dokonywać wielu wyborów,
szczególnie w życiu osobistym. Bardzo szybko się ożenił, a potem pojawiła się w
jego życiu inna kobieta. Można postawić sobie pytanie czy mężczyzna może kochać
dwie kobiety naraz? Możliwe, ale żadna kobieta nie byłaby z tego zadowolona.
Rozterki, wewnętrzny bunt i walka sprawiają żechory na padaczkę Curtis jest wrakiem człowieka.
Dzieło Corbijna jest filmem o zespole rockowym, więc naturalnie całość
przesiąknięta jest piosenkami Joy Division. Prawdę mówiąc to po obejrzeniu
filmu „Control” nie sposób nie zakochać się w tej muzyce. Pamiętam że Joy
Division było zespołem mojego dzieciństwa, potem jednak twórczość tej kapeli
zeszła na plan dalszy. Teraz - po obejrzeniu filmu - muszę odświeżyć sobie
muzykę tego magicznego zespołu.