„Rolling Stones Scorsese w blasku świateł” (reż. Martin
Scorsese) to oryginalnie nakręcony film dokumentalny, pokazujący niezwykły
koncert, niezwykłego zespołu jakim jest The Rolling Stones.
Tuż po zakończeniu filmu, gdy zapalono światła, większość widzów była
bardzo podekscytowana nowym dziełem Scorsese. Jednak moje odczucia nie były aż
tak nacechowane pozytywnie, oczywiście film mi się podobał, ale nic ponadto.
Reżyser podjął się trudnego zadania - jak zrobić film o zespole, o którym
wszyscy wszystko wiedzą i zapobiec powstaniu filmowej kupy łajna. Grupa The
Rolling Stones istnieje nieprzerwanie od 1962 roku, więc choćby z tego powodu
warto było zrobić ten film i go nie zepsuć. Film nie jest zwykłym zapisem
koncertu. Nie, to mógł zrobić każdy zespół, ale nie Stonesi i Scorsese. Oni
nigdy nie idą na łatwiznę. Są zdecydowanie nastawieni na sukces i efekciarstwo.
Film zaczyna się od czegoś w rodzaju relacji z przygotowań do koncertu. Widz
uczestniczy w pracach wszystkich członków ekipy filmowej, ale także ekipy
montującej scenę. Arenę przyszłych wydarzeń, miejsce w którym wystąpi
najsłynniejszy pop-rockowy zespół w historii muzyki. Już sama scena daje do
myślenia, że chłopaki idą na całość. Jej wygląd był sprzeczny z moim poczuciem
estetyki, ale jako konstrukcja stanowiąca jedynie tło koncertu, robiła
wrażenie. Pierwsza część „przygotowawcza” obfituje w różne zabawne sytuacje,
czy dowcipne docinki muzyków. Pojawiają się również goście, między innymi były
prezydent Stanów Zjednoczonych Bill Clinton i jeszcze jedna była głowa państwa,
ale jeśli chcecie wiedzieć o kogo chodzi musicie sami zobaczyć. Generalnie
Scorsese stara się jak może by te sceny wyglądały jak najbardziej naturalnie.
Niestety trudno uwierzyć w to, że tak dla zgrywy, zespół nie chciał do
ostatniej chwili podać tytułów piosenek jakie planował zagrać. W końcu jednak
koncert się zaczyna i panowie Mick Jagger (wokal), Keith Richards (gitara), Ron
Wood (gitara) i niesamowity Charlie Watts (perkusja) dają popis swoich
umiejętności. Grają najsłynniejsze przeboje, takie jak „Start Me Up”, „Gimme
Shelter”, „Brown Sugar”, „Sympathy for the Devil” i oczywiście nieśmiertelne „Satisfaction”.
Niespodzianką jest gościnny udział trójki innych znanych muzyków. Najpierw
pojawia się Jack White z The White Stripes. W następnej kolejności występuje
Christina Aguilera, a po niej Buddy Guy. Ogólnie wszyscy są bardzo weseli,
czyli cała impreza im się podoba. Publiczność szaleje, a niestrudzony Mick
Jagger biega po całej scenie jak za swych młodych lat. Naprawdę trudno uwierzyć
w to, że ten facet ma siedemdziesiąt lat. Chyba mają na niego wpływ jakieś nadludzkie
moce, bo inaczej nie sposób sobie tego wytłumaczyć. Inni muzycy są w równie
dobrej formie, naturalnie największą uwagę zwraca na siebie ulubieniec
publiczności Keith Richards. Ale tak naprawdę nie trzeba nikogo przekonywać, że
ten koncert jest dobry. Wiadomo czego można spodziewać się po tym zespole. Wiec
to już koniec? Nie, nie w tym przypadku. Cały występ przerywany jest
przezabawnymi filmami archiwalnymi. Są to głównie stare wywiady z muzykami.
Przyznam że to moje ulubione fragmenty tego filmu. Jednak oglądając je
współczuje Charliemu Wattsowi, ponieważ scenki z jego udziałem robią z niego
kretyna, ale w dobrym tego słowa znaczeniu (on jako jedyny to potrafi zrobić).
Wygląda na to, że ten nieśmiały perkusista ma duży dystans do siebie skoro
pozwolił na wykorzystanie takich materiałów.
W filmie Martina Scorsese na uwagę zasługuje nienaganna realizacja, ale
do tego przyzwyczaja nas już od ponad trzydziestu lat. Warto także zwrócić
uwagę na ekipę robiącą ten film, ponieważ rzadko się zdarza aby taka śmietanka
zebrała się w jednym miejscu. Za zdjęcia odpowiedzialni są Robert Richardson („Pluton”,
„The Doors”, „Kasyno”, „Aviator”), John Toll („Wichry Namiętności”, „Waleczne
Serce”, „Vanilla Sky”), Emanuel Lubezki („Spacer w chmurach”, „Joe Black”, „I
Twoją Matkę też”), Andrew Lesnie (trylogia „Władca Pierścieni”, „King Kong”),
Anastas Michos („Uśmiech Mona Lizy”), Ellen Kuras („Syriana”), Stuart Dryburgh
(„Fortepian”, „Dziennik Bridget Jones”), Robert Elswit („Good Night, and Good
Luck”) i Declan Quinn („Kamasutra”), a za montaż odpowiedzialny jest David
Tedeschi („Bez Stałego Adresu: Bob Dylan”).
„Rolling Stones Scorsese w blasku świateł” to niezły i godny polecenia
film. Stonesi od ponad czterdziestu lat udowadniają że nie mają sobie równych.
Po prostu ta muzyka się nie nudzi.
Film w polskich kinach od 16 maja 2008 roku. Pokazy przedpremierowe od 17 kwietnia 2008. Więcej informacji na polskiej oficjalnej stronie filmu.