|
Piątego września w polskich kinach pojawi się nowy film
Isabel Coixet („Życie ukryte w słowach”, „Moje życie beze mnie”) – „Elegia”.
Jest to romans na motywach kontrowersyjnej powieści „Konające zwierzę” Philipa
Rotha. O co w nim chodzi?
Jest to historia romansu podstarzałego (raczej mocno
starego) profesora literatury Davida Kepesha (Ben Kingsley) i jego studentki
Consuely Castillo (Penelope Cruz). Kepesh jest gwiazdą mediów i uniwersytetu.
Posiada wielki autorytet wśród Amerykanów, ale jego życie osobiste nie układa
się perfekcyjnie – jest rozwodnikiem, kontaktu z synem praktycznie nie ma, a
przez jego łóżko przewinęły się już dziesiątki kobiet (głównie jego studentek)
i z żadną z nich nie związał się na dłużej. Jego świat wydaje się być jednak
uporządkowany – od 20 lat sypia ze swoją przyjaciółką, Carolyn (Patricia
Clarkson), a w trudniejszych chwilach może liczyć na swojego przyjaciela
George’a (Dennis Hopper) . Wszystko jednak staje na głowie w momencie, gdy
główny bohater filmu wplątuje się w poważne tarapaty zwane romansem.
Perspektywa dłuższego związku z Consuelą, która jest coraz bardziej widoczna
dla Davida, przytłacza go. Czy miłość tych dwojga przetrwa? Oto jest pytanie.
Rodem z telenoweli, a miałem przecież pisać o niby-ambitnym filmie.
Jak to bywa we wzorcowych recenzjach po części informacyjnej
następuje ta najwłaściwsza, czyli oceniająca. Tak też będzie w przypadku
niniejszych wypocin mojej skromnej osoby na temat „Elegii”. Tytuł pasuje do
romansu jak pięść do nosa, nie sądzicie? Jednak gdy obejrzy się film to należy
pogratulować autorom wymyślenia akurat takiego tytułu. Pasuje jak ulał i
dodatkowo można go interpretować na kilka sposobów. Nie będę jednak
przedstawiał najbardziej właściwej interpretacji według mnie, bo nie chcę psuć
zabawy. Napiszę coś może o grze aktorskiej, muzyce, zdjęciach i całokształcie
technicznym. Spróbuję ocenić po prostu kuchnię filmową, a w następnym akapicie
przejdę do wymowy i przesłania filmu. Tymczasem jednak – gra aktorska. Duet
głównych bohaterów – Cruz i Kingsley. Gwiazdy światowego kina, których klasy
nie trzeba nikomu udowadniać. Mi bardziej podobała się jego kreacja, bo była
bardziej zabawna i złożona. Za Cruz przemawia jednak umiejętne balansowania
charakterem i działaniami Consueli w taki sposób, że widzowi trudno jest
przewidzieć co bohaterka za chwilę zrobi. W tej kwestii jedynie w końcówce
filmu można łatwo domyśleć się co się dzieje z Consuelą, ale nie będę więcej
pisał na temat fabuły, by nie psuć zabawy, nieprawdaż? Film jest melodramatyczny
do bólu, ale są w nim również ładne akcenty humorystyczne. Ich autorami są
głównie Ben Kingsley i Dennis Hopper, którzy brawurowo odgrywają role dwóch
starców, którzy nie mają specjalnej ochoty się zestarzeć. Ich dialogi
przypominają filmy Woody’ego Allena, w których takie kameralne, zabawne i
niby-filozoficzne pogawędki pomiędzy bohaterami występują nagminnie.
Najczęściej mają miejsce w Nowym Jorku, gdzie rozgrywa się również akcja
„Elegii”. Klimat filmu jest momentami podobny do tego znanego z dzieł Allena,
ale ma również pewne domieszki kina hiszpańskiego, takiego w stylu Almodovara.
Tyle o grze aktorskiej. Teraz miałem o muzyce i zdjęciach. Muzyka urokliwa,
choć dla niektórych może być zbyt klasyczna. Właściwie tylko taka występuje w
filmie, ale dobrze wpasowuje się w film, którego osią jest starzenie się.
Dobrze buduje klimacik. Podobnie jak zdjęcia – czasem z ręki, czasem mało
stateczne, ale momentami nawet majestatyczne, choć film jest mocno kameralny. Całokształt
jeśli chodzi o filmową kuchnię można więc ocenić wysoko. Ekstraklasa? Tak, ale
bez szans na walkę o najwyższe lokaty. 
Zgodnie z zapowiedzią przechodzę do wymowy i
przesłania „Elegii”. Z jednej strony jest to film jakich wiele, bo przecież
prawie każdy z nas widział kiedyś obraz opowiadający o romansie starszego
mężczyzny z młodą kobietą. O tym jest przecież film Isabel Coixet. Zazwyczaj z
tego typu opowieści wynika ten sam morał – nie wiąż się z 30 lat starszym
facetem. Tak przynajmniej jest w sztampowych produkcjach. W „Elegii” jest inaczej
i choćby za to należy się temu filmowi plus dodatni. Zresztą sami bohaterowie
przekazują nam pewne komunikaty dotyczące interpretacji dzieł literackich i
filmowych. Zgodnie z teorią filmowego profesora Kepesha książka (dla potrzeb
niniejszej recenzji może to być film) przeczytana dziś jest zupełnie inną
książką niż ta sama przeczytana 10 lat wcześniej. Będzie też inną książka, gdy
sięgniemy po nią za dziesięć lat. Trzeba też zauważyć – znów parafrazując
filmowego profesora – że książka zyskuje coś zawsze gdy ją czytamy, bo dajemy
siebie zagłębiając się w lekturze. Jakby to przemyśleć to nawet niegłupia
teoria, nieprawdaż? Z filmem jest podobnie. Dlatego też nie będę pisał o
przesłaniu czy wymowie „Elegii”. Niech każdy sam oceni i zinterpretuje, bo ten
sam film obejrzany przez co najmniej dwie różne osoby może być odbierany
zupełnie inaczej, nieprawdaż?
|