|
"Пусть всегда будет солнце,
Пусть всегда будет небо,
Пусть всегда будет мама,
Пусть всегда буду я." Lew Oszanin, "Zawsze niech świeci słońce"
Czy ktoś w ogóle czasem ogląda rosyjskie filmy? Zapewne tak,
ale ja takich osób praktycznie nie znam. O kinie pochodzącym z kraju naszych
wschodnich sąsiadów nie mamy bladego pojęcia. Chociaż znalazłem pewien wyjątek
– „Rok 1612”. To jeden z najbardziej kontrowersyjnych filmów w polskich kinach
w ostatnim okresie. Czy jest się czym podniecać?
Śledząc to co było widać i słychać w polskich mediach przy
okazji rosyjskiej premiery filmu Władimira Chotinienki nie mogłem się doczekać
tego aż film trafi na nasze ekrany. „Rok 1612” miał być antypolską krucjatą,
rzekomym kolejnym sygnałem ostrzegającym przed agresywną i imperialną polityką
Rosji. Strach się bać. Czy tak jest? Śmiem wątpić, ale najpierw – zgodnie ze
sztampowymi zasadami sztuki recenzenckiej – część informacyjna, czyli krótki
opis fabuły i kilka zdań o twórcach.
„Rok 1612” (reż. Władimir Chotinienko) to opowieść o okresie
Wielkiej Smuty, czyli kryzysu carstwa rosyjskiego, którego kulminacja nastąpiła
w 1605 roku, gdy na tron rosyjski wstąpił Dymitr I Samozwaniec. Akcja filmu
rozpoczyna się mniej więcej w tym momencie. Film opowiada o losach polskiego
hetmana (Michał Żebrowski), którego zadaniem jest osadzenie na carskim tronie
Kseni Godunownej (Violetta Davydovskaya). Jak przystało jednak na filmową
opowieść z prawdziwego zdarzenia – hetman zakochuje się w Kseni i pojawią się
kłopoty. Bohater Żebrowskiego musi stanąć przed wyborem – miłość czy władza. Nuda.
Czy jest się więc czym podniecać?
Tak, można scenami batalistycznymi. A jeśli jest się
rusofobem to z pewnością można się podniecać innymi rzeczami. Natomiast gdy nie
ma się we krwi nienawiści i pogardy dla Rosjan to po prostu warto obejrzeć
film. Nie jest nadzwyczajny, ale ważny. Po pierwsze, głośny i znaczący, bo
porusza tematykę trudnej historii rosyjsko-polskiej. Po drugie, to jedna z
największych superprodukcji w historii rosyjskiego kina – film kosztował 12
milionów dolarów. Po trzecie, producentem „Roku 1612” jest Nikita Michałkow, a
więc jeden z najwybitniejszych rosyjskich reżyserów. Po czwarte, bardzo dobrą
robotę w tej produkcji zrobił Michał Żebrowski. Choćby dla jego kunsztu
aktorskiego, a także walorów estetycznych (tymi szczególnie zainteresowane będą
pewnie panie), warto wybrać się do kina. Magii liczb nie będzie, bo większej
ilości punktów nie jestem w stanie wykombinować. Ale mogę dodać jeszcze kilka
słów od siebie. Kolejnych.
Film nie jest antypolski. Zdecydowanie. Na jego zakończenie
jest nawet wyświetlony tekst, w którym padają słowa o tym, że niekoniecznie
przedstawiona w filmie wersja jest najbliższa prawdzie historycznej. Abstrahuję
tu już zupełnie od tego, że przecież film fabularny, a takim jest „Rok 1612”,
nie musi wcale odzwierciedlać prawdy historycznej. Znacznie lepiej będzie jeśli
prawdziwe wersje wydarzeń będą przedstawiać filmy dokumentalne, bo taka jest
ich rola. Film Chotinienki, podobnie jak wiele innych, jest jedynie oparty na
wydarzeniach historycznych. Jest to jednak opowieść, Michał Żebrowski nazywa ją
baśnią, a więc niekoniecznie trzeba ten film traktować jak wyrocznię. Czy film
przedstawia Polaków w złym świetle? To trudne pytanie. Większość Polaków
zaprezentowanych w „Roku 1612” to zdecydowanie czarne charaktery – żądni
władzy, złodzieje, pijacy, gwałciciele i tak dalej. Zapewne jednak znikąd
twórcy filmu pomysłu na zaprezentowanie w ten sposób polskich żołnierzy nie
zaczerpnęli. Myślę, że głównym zadaniem „Roku 1612” nie było zohydzenie
Polaków. Gdyby ktoś tak twierdził i nazywał film antypolskim to jednocześnie
musiałby nazwać np. „Ogniem i mieczem” filmem antyrosyjskim, a przecież to jest
film ku pokrzepieniu (polskich) serc, a nie anty serca rosyjskie.
„Rok 1612” to kino monumentalne, coś w stylu wspomnianego
powyżej „Ogniem i mieczem”. Nawet niektóre pomysły są jakby z Sienkiewicza –
zły i dobry bohater zakochują się w tej samej dziewczynie (niczym Bohun i
Skrzetuski z Sienkiewicza), ważną rolę w filmie odgrywa religia (u Sienkiewicza
katolicyzm, tutaj prawosławie), istotnymi bohaterami są osoby posiadające
nadprzyrodzone zdolności (w „Roku 1612” Słupnik, a w „Ogniem i mieczem”
Horpyna). „Rok 1612” jest jednak zdecydowanie bardziej fantastycznym filmem niż
produkcja Jerzego Hoffmana. Główny bohater – Andriejka (Petr Kislov) –
regularnie widuje w swoich snach białego jednorożca biegającego po lesie albo
swojego nieżyjącego hiszpańskiego mistrza Alvara (Ramon Langa). Wątek z
jednorożcem jest zresztą momentami trochę żenujący, a jeśli dodamy do niego
starego Słupnika z białą brodą to możemy momentami pomyśleć, że oglądamy
„Władcę pierścieni”. Patosu jest trochę zbyt wiele w „Roku 1612”, ale
ostatecznie chyba ten film miał być podniosły. Będę kończył.
>Ale zanim pójdę muszę jeszcze dodać pewną refleksję.
Nieważne czy „Rok 1612” jest filmem dobrym czy też nie. Nieważne czy pan X uzna
go za antypolski, a pan Y za nie-antypolski. Istotne dla nas, jako Polaków
(ohydnym patosem zaleciało, przepraszam), jest to, żeby w Polsce robić podobne
filmy. Nasza historia nie obfituje może w zbyt wiele podniosłych momentów
chwały, ale znajdzie się sporo takich, które przeniesione na ekran mogłyby być
narodowym powodem do dumy. Od czasów wspominanego przeze mnie „Ogniem i
mieczem” minęło przecież już całe dziewięć lat, a przez ten czas nie
zrealizowane praktycznie żadnego filmu pokazującego polskie tryumfy. Aby poczuć
się dumni z naszej historii musimy więc iść na „Rok 1612” i pozachwycać się
polską husarią, która znakomicie prezentuje się na ekranie i sieje postrach
wśród wrogów ówczesnej Rzeczypospolitej. Panie i panowie filmowcy, do kamer!
|