|
Wzniosły tytuł, gwiazdy w obsadzie, nagrodzony i momentami
niby-ambitny reżyser, duży budżet, scenariusz na podstawie bestsellerowej
książki – czego chcieć więcej? Jak widać po „Babylonie A.D.” to nie wystarczy,
aby zrobić dobry film.
Najpierw skupmy się na tym, co ciekawego na pierwszy rzut
oka może nam zaoferować nowy obraz Mathieu Kassovitza. Tytuł – jaki wzniosły i
mistyczny, nieprawdaż? Mamy Babilon i skrót A.D. (anno domini, czyli rok pański
po łacinie). Biblia, starożytność – ochy i achy. Na ekranie widzimy Vina
Diesla, jedną z większych gwiazd amerykańskiej popkultury, znaną z „Jutro nie
umiera nigdy” Michelle Yeoh, Gerarda Depardieu, którego przedstawiać nie
trzeba, a także Melanie Thierry – młodą i utalentowaną aktorkę filmową i
teatralną. Co by nie mówić aktorzy spisali się nieźle, ale scenariusz filmu
jest fatalny. Dialogi, które wypowiadają bohaterowie rażą infantylnością, jakiej
próżno szukać w kreskówkach czy telenowelach. Chwileczkę jednak się wstrzymam z
tą krytyką, bo należy jeszcze wspomnieć o fabule filmu, a na krytykę przyjdzie
pora i tak.
O czym więc jest „Babylon A.D.”? Toorop (Vin Diesel) to
najemnik, który pomieszkuje gdzieś w Europie Środkowej ogarniętej wojnami i
chaosem. Któregoś niezbyt pięknego dnia pewna mafia zleca mu nietypowe zadanie
– ma przetransportować dziewczynę o imieniu Aurora (Melanie Thierry) do Nowego
Jorku. Misja wydaje się bardzo trudna, a im dłużej trwa tym stopień jej
trudności wzrasta. Wszystko wydawałoby się standardowym filmem science-fiction
(akcja dzieje się gdzieś w połowie XXI wieku), ale jest pewien szczegół, który
nadaje filmowi Kassovitza innego wymiaru. Główna bohaterka – Aurora – okazuje
się bowiem mesjaszem w spódnicy. Wszystko fajnie, ale czemu tak dramatycznie
infantylnie? Tego pojąć nie mogę, szczególnie, że film zrealizowano na
podstawie dobrze sprzedającej się za Oceanem książki „Babylon babies” Maurice’a
Danteka. Jeśli książka dobrze się sprzedawała i do tego jeszcze nieźle ocenili
ją krytycy to coś w niej powinno być, nieprawdaż? O powieści Danteka się nie
wypowiem, bo nie czytałem, ale o filmie Kassovitza coś jeszcze powiem. Stety
bądź nie. Nie jestem może wielkim ekspertem i znawcą kina, ale
jak dla mnie „Babylon A.D.” mniej więcej do połowy filmu – gdy nie jest jeszcze
mocno widoczny wątek metafizyczno-religijno-mesjanistyczny – ujdzie. Zwyczajne
kino akcji. Możnaby ten film pociągnąć do końca w zwyczajny sposób i wyszedłby
może w miarę poprawny film sensacyjny, który za kilka lat byłby często
powtarzany przez rozmaite stacje telewizyjne. A tymczasem Mathieu Kassovitz
chciał zrobić coś z wyższej półki. Niestety jednak, jak głosi porzekadło,
dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. W przypadku „Babylonu A.D.”
stwierdzenie to potwierdza się w stu procentach. Chyba że potraktujemy ten film
jako komedię. Wtedy możnaby nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest to dobre
dzieło (tfu, wypluj to słowo). Po lekturze kilku wywiadów z reżyserem
stwierdzam jednak, że bardzo dobrze zakamuflował on swoją chęć zrobienia z
„Babylonu A.D.” komedii. Szkoda, bo w takim razie to jego film trzeba ocenić
jako wysokobudżetowy i tandetny film klasy C. A to feler.
|