|
Zarządzający jedną z największych marek w światowym kinie, a
właściwie to w globalnej kulturze, co jakiś czas muszą nam o sobie przypomnieć
nowym filmem. Trzy lata temu mieliśmy „Zemstę Sithów” i to miał być koniec. Tak
się jednak nie stało.
Po trzech latach przerwy do kin powracają więc „Gwiezdne
wojny”. Tym razem po raz pierwszy w wersji animowanej. O co w nich chodzi?
Galaktykę pustoszą Wojny Klonów – potężny, wewnętrzny
konflikt zbrojny, w którym nikczemni Separatyści i stworzone przez nich armie
droidów występują zbrojnie przeciwko Republice i jej obrońcom – Rycerzom Jedi.
Pragnąc zyskać przewagę w krwawej wojnie, Rycerz Jedi Anakin Skywalker i jego
padawan Ahsoka Tano wyruszają w misję o dalekosiężnych konsekwencjach, w
trakcie której staną twarzą w twarz z legendarnym lordem zbrodni, Jabbą Huttem.
Jakby mało było wyzwań czekających ich na Tatooine, Anakin i Ahsoka muszą
uchodzić przed pościgiem Hrabiego Dooku i jego złowieszczych wysłanników – a wśród
nich tajemniczej Asajj Ventress – którzy, aby pokonać i zniszczyć Jedi, nie
cofną się przed niczym. Tymczasem na frontach wielkiej wojny Obi-Wan Kenobi i
Mistrz Yoda, stając na czele armii klonów, podejmują bohaterską próbę
powstrzymania sił ciemności.
Akcja „Wojen klonów” koncentruje się właśnie na walce, na
wojnach klonów, które toczyły się kilkadziesiąt lat przed tym, co widzimy w „Nowej
nadziei”, czwartym epizodzie fabularnej sagi „Gwiezdnych wojen”. Film animowany
ma jednak to do siebie, że nigdy nie będzie na tyle głęboki i wartościowy, co
fabularny. „Wojny klonów” to jeden z bardziej widowiskowych filmów animowanych
w ostatnich lat, a może i w historii kina. Akcja jest wartka, sceny walki
prezentują się efektownie, ale to nie są te „Gwiezdne wojny”. Nie ma w nich
muzyki Johna Williamsa, standardowej czołówki z pełzającymi żółtymi literami i
paru innych rzeczy. Nie ma więc tego klimatu i głębszych treści, które
fabularne filmy Lucasa zawierają. Jednak to, co piszę nie musi oznaczać
absolutnej krytyki pierwszych animowanych „Star Warsów” na dużym ekranie.
Film jest pod względem technicznym bardzo udany. Nawet
dorosły widz nie będzie się nudził. Dla młodszych fanów gwiezdnej sagi „Wojny
klonów” będą z pewnością sporą atrakcją. Starsi zaś pójdą na nie z sentymentem
i albo będą niezadowoleni totalnie, albo stwierdzą, że to są „Gwiezdne wojny”
zrobione w takim sposób, by dziś były jak najbardziej atrakcyjne. Bardzo dobrze
się stało, że George Lucas nie zabrał się za tworzenie kolejnych fabularnych
epizodów swojej opowieści o Jedi i Sithach, bo wtedy mogłoby z tego wyjść coś
strasznego. Twórca „Gwiezdnych wojen” nie rozmienił jednak na drobne swojego
genialnego dzieła. Jego wytwórnia wyprodukowała po prostu zgrabny dodatek,
który fanom się spodoba, a dodatkowo przyciągnie do grona miłośników Luke’a
Skywalkera i spółki młodszych. Ma to swoje plusy, bo nowe pokolenie sięgnie po
starsze „Gwiezdne wojny” i doceni ich walory. Zachowana zostanie więc jakaś
ciągłość. „Gwiezdne wojny” przenikną do kodu kulturowego kolejnego pokolenia.
Zysk z tego dla ludzkości jest całkiem spory, bo saga Lucasa ma niewątpliwe walory
artystyczne, edukacyjne i moralne. Zysk dla wytwórni, twórców i globalnego
przemysłu rozrywkowego również będzie pokaźny. Co w tym złego? Miłośnicy „Gwiezdnych wojen”, do których ja również
się zaliczam, wybiorą się na „Wojny klonów” bez jakiejkolwiek zachęty.
Nieprzekonanych do filmów o rycerzach Jedi zapraszam do kin także. Dzisiaj
takim samym wstydem jak nieznanie przynajmniej dwóch wersów inwokacji z „Pana
Tadeusza” jest brak zorientowania w „Gwiezdnych wojnach”. Czy warto się
narażać?nbsp;
|