- Muszę szczerze powiedzieć, że byłem idealistą, jednak w
przeciągu całego życia zmieniła mi się koncepcja i przestałem nim być, choć z
drugiej strony, bardzo dużo dowiedziałem się o idei. Dawniej byłem muzykiem
free jazzu, dość awangardowego, swobodnego typu muzyki, i jak gdyby połączyłem
wiedzę o idealizmie czyli ideę, z tym właśnie gatunkiem free jazzu. Porównując
te dwa elementy, doszedłem po pięćdziesięciu latach do wniosku, że idea jest to
bardzo niebezpieczna, a jednocześnie wyrafinowana rzecz. Inteligentny człowiek
nie może podchodzić do niej bezkrytycznie,
ponieważ potrafi ona człowieka zniszczyć, albo zrobić z niego potwora, podobnie
jak się stało w moim życiu. Komunizm był przeciwstawny do mojego myślenia,
równorzędnie stojąc w opozycji do każdego myślącego człowieka. Mimo że ówczesne
współczucie dla biednego było dobrem, to na moich oczach idea ta zokrutniała,
stając się zwyrodnieniem człowieka. To waśnie wtedy zacząłem myśleć.
Analogicznie działo się w Kościele, w czasie inkwizycji z najwznioślejszym
ideałem ludzkiego ducha, jak miłość do Boga, który jest chyba największą
miłością, jaką zaznał nasz gatunek. Na taki mechanizm trzeba bardzo uważać, gdyż
może stać się niebezpieczny. I dokładnie tę myśl zastosowałem do muzyki.
Najlepiej jest kochać i szanować, respektować free jazz, tylko go nie grać za
dużo, bo nad nim nie ma kontroli. Tak samo nie ma kontroli nad ideą. Zawłada ona
człowiekiem, ten zaś poddając się jej, doprowadza niekiedy człowieczeństwo do
ruiny. Ideałem by było, gdyby narodził się Platon, napisał książkę, ale jej nie
realizował, żeby służyła ona tylko teorii, to znaczy by istniała, bo bez tego
nie bylibyśmy ludźmi. Odpowiedź na pytanie brzmi: Byłem idealistą, ale nim nie
jestem. Naturalnie nie jestem jej przeciwnikiem, czuję potrzebę i wagę jej
istnienia.
-
Słuchałem różnorodnej muzyki. Miałem wykształcenie klasyczne, więc
automatycznie słuchałem muzyki poważnej, mimo że grałem awangardowy jazz. W
młodości słuchałem również Gilbert’a Bécaud. Lubiłem popową muzykę, słuchałem
także Boba Marleya, ale oczywiście na początku
najwięcej jazzu. Zawsze starałem się słuchać wartościowej muzyki i
właśnie taką polecałbym młodym ludziom.
- A kogo poleciłby Pan
szczególnie dzisiaj?
- Teraz mamy tyle wartościowej muzyki, że trzeba zdać się na
przypadek. Kiedyś przeczytałem na słupie w Krakowie: „Misia - najlepsza
wykonawczyni fado”, to nawet nie wiedziałem czym jest to fado, ale zainteresowało
mnie ono. Przeczytałem, że jest to rzeczywiście wielki, fantastyczny typ
muzyki, zbliżonej do flamenco. W związku z tym nabyłem kilka płyt z tą muzyką.
Mamy dziś tony dobrej muzyki. Sam kiedyś grałem turecki projekt, nie ludową
muzykę, nie klasyczną, może bardziej dworską czy religijną. Istnieje szerokie
spectrum dobrej muzyki.
- A czy zaproponowałby
Pan jakiegoś poza jazzowego wykonawcę?
- Trudno mi jednoznacznie powiedzieć. Za mnie selekcji
dokonuje nazwisko. Najpierw trzeba przeczytać, że ktoś jest dobry, a potem
samemu go zweryfikować, początkowo wierząc, że jest wartościowy. Następnie
należy go wielokrotnie przesłuchać, bo dobrą płytę trzeba przesłuchać wiele
razy. Na przykład słuchając Ali Akbar Khan'a i Ravi Shankar'a, to wiadomo, że
tak trzeba.
- Trąbka. Gra Pan na
trąbce. A szukał pan fascynacji w jakichś innych instrumentach?
- Tak, grywałem na różnych instrumentach, gdyż od młodych
lat, moja rodzina związana była z muzyką. Początkowo grałem na skrzypcach,
następnie na fortepianie i w końcu na trąbce.
- Który z Pańskich
koncertów był dla Pana najbardziej porywający?
- Wiele było takich, przeważnie koncerty są dobre.
Improwizowana muzyka musi być przyjemna i dobra, dla nas pomyłki nie są
problemem, bo możemy przeobrażać je w wartość.
- Z którym z artystów
najlepiej układała się Panu współpraca?
- Z wieloma. Ja daję muzykom wiele wolności w moich bandach.
- Interesujące jest, że
grał Pan w projekcie Wojciecha Waglewskiego m.in. W „Zbiera mi się”. Dlaczego
akurat postanowił Pan współpracować z tym muzykiem i czy zamierza Pan podjąć z
nim dalszą współpracę?
- To jest bardzo dobry gitarzysta, i tak trochę chodziła za
nami ta współpraca. Łatwo było mi się wpasować w jego muzykę, ponieważ mam
większe doświadczenie jako improwizator. Praca przy tym projekcie układała się
bardzo dobrze, bo to jest naprawdę doskonały muzyk.
- Nagrał Pan
przerywnik do programu Kuby Wojewódzkiego. Jest to postać dość kontrowersyjna.
Czy nie bał się Pan zrobić muzyki dla postaci budzącej tyle emocji?
- Lubię Kubę, ponieważ napisał kiedyś w recenzji o mnie, że
jazz zalicza się do popkultury, z czego bardzo się cieszę. Gram muzykę raczej
niszową, ale jestem zwolennikiem popkultury dzisiejszych czasów. Nie
przeszkadza mi, że leci w telewizji Pan Wiśniewski, bo ja mam guzik. Czuję
instynktownie, że kultura masowa jest bezpowrotną drogą. Nie ma powrotu do
dawnych czasów. Popkultura jest jednak dość sprawiedliwa, ponieważ w jej ramach
istnieje wszystko, na co moglibyśmy poczuć zapotrzebowanie np. Teatr
Pawlikowskiego. Wielka sztuka istnieje w najprostszej i najczystszej postaci. W
nowojorskich klubach, uznanych za najbardziej komercyjne, grana jest muzyka
free jazzowa, bardziej free, niż ja sam grałem, będąc ikoną muzyki nowoczesnej.
Żeby tworzyć popkulturę, tworząc muzykę niszową, trzeba mieć zasięg całego
świata, ale jest to znacznie trudniejsze, bo dla wyrafinowanych rzeczy nie ma
zbyt wiele miejsca, nie dla jednego z Polski. Jest to okrutne, ale
sprawiedliwe, bo w rachubę wchodzi świat.
- Wiele pan
podróżował, spotykał wielu ludzi w różnych częściach świata. Jak Pan myśli, czy
Polacy mają świadomość swojego dziedzictwa jazzowego, które wnieśli do
światowej kultury?
- Ale myśmy nic nie wnieśli! Zaistnieliśmy proporcjonalnie
do wielkości naszego narodu. Musimy sobie zdawać sprawę, że w muzyce mamy tylko
Chopina i nie jest on geniuszem ogólnoświatowym, bo jedne narody go bardziej
znają i cenią, a inne mniej. Na świecie mamy tony świetnych kompozytorów.
- A co z polskim
jazzem powojennym spod znaku Krzysztofa Komedy, który jest uznawany za pioniera
„polskiej szkoły jazzu”?
- To jest zasadnicza różnica. To nie jest polski jazz tylko
Krzysztof Komeda. Nie ma polskiej szkoły jazzu! Jest to jedynie nasz wymysł i
nasza megalomania, wynikająca z kompleksów. Polacy starają się myśleć, że jest
inaczej, lepiej się czują uważając, że istnieje „polska szkoła jazzu”. Dzisiaj
są tylko nazwiska. Świat staje się globalną wioską i narodowości tracą już na
znaczeniu. Sztuka jest tajemna, nigdy nie wiadomo, w którą stronę się rozwinie.
A ta „polska szkoła
jazzu” zaczęła się od tego, że Marek Karewicz napisał na serii Polish Jazz,
wielkimi literami: „POLISH JAZZ”. Oczywiście mieliśmy Komedę, Trzaskowskiego.
Ja Panu dokładnie powiem, o co chodzi. W latach '50, '60 jazz był muzyką na
fali, kreatywną. Najbardziej aktywni artyści lgnęli do jazzu. Dzisiaj już tacy
ludzie nie skłaniają się ku niej. Wszystko jest sprawiedliwe, musimy uświadomić
sobie, że mamy czterdzieści parę milionów, a świat jest wielki. Wszędzie, w
każdej Persji, Iranie, Iraku są Komedy. Na świecie znajdziemy ludzi sztuki,
muzyki, teatru. Tony są wszędzie! Nie chodzi o patriotyzm, ale o to, że
stanowimy część tej globalnej kuli, która staje się coraz bardziej zgranym
organizmem.
- W ciągu ostatnich
sześciu lat na łamach „Jazz forum” ukazała się ankieta, uznająca Pana za muzyka
roku. Dlaczego nie daje Pan szansy innym, albo właśnie dlaczego nie ma takich
ludzi, którzy stwarzaliby dla Pana konkurencję?
- Nie wiem, niech Pan mnie o to nie pyta. Niech Pan spyta
tych ludzi. Mi się zdaje, że jest to źle zadane pytanie, nie do końca o to
chodzi. Chodzi o to, żeby była dobra muzyka, żebyście wy mieli dobrą muzykę!
- A skąd się bierze
dobra muzyka?
- Nie ma odpowiedzi na to pytanie, nikt nie wie, skąd się
bierze dobra sztuka. Jest to wielka tajemnica i na tym polega jej urok. Tutaj
decyduje przypadek. Powiedziałbym, że przypadek jest najważniejszą rzeczą w
historii. Przypadek i czas! Ja na tych młodych muzyków (Marcin Wasilewski,
Michał Miśkiewicz, Sławomir Kurkiewicz) czekałem od dawna. Są to wysokiej,
światowej klasy artyści, naprawdę fantastyczni. Nie miałem takich muzyków,
jeśli chodzi o polski jazz, przez czterdzieści parę lat. To cud.
- Czy to oznacza, że
polski jazz ma przyszłość?
- Nie, to oznacza, że jazz ma przyszłość. Mnie pytają nieustannie
o europejski jazz. I co ja mam powiedzieć? Że dalej nie ma europejskiego jazzu?
Ja odpowiadam, że jest. Ale to wszystko zależy od czasu. Nie powinniśmy mieć z
tego powodu kompleksów. Świeżość też jest zaletą. Powinniśmy się cieszyć, że
jako prowincjusze jesteśmy na peryferiach, w otoczeniu dzikości. Powinno być to
powodem do dumy. W tym momencie jesteśmy w świetnym etapie rozwoju naszego
kraju, mamy doskonałe warunki. Ludzie zachłystują się możliwościami i wolnością
życia, a kultura jest tylko jego przejawem. Naszym jedynym celem jest żyć i nic
więcej.
- Na koniec,
chciałabym zapytać Pana, czy jest jakaś myśl, którą się Pan kieruje, i która
mogłaby być jednocześnie wskazówką dla nas, młodych ludzi?
- Tolerancja! Czasami można nie być predestynowanym do
tolerancji, bo genetycznie jedni mają więcej tak jak w Londynie. A my mamy ten
atawizm, nienawiść, boimy się odmienności. Nawet jeśli nie mamy tolerancji, to
powinniśmy ją rozumnie rozwijać i kultywować. Mądrze pojęta tolerancja jest
najważniejszą cechą we współczesnym i przyszłym świecie.
- Dziękujemy
serdecznie za wywiad.
- Dziękuję.