|
Magdalena Piekorz, reżyser filmowa, której najnowszy film - "Senność" -
wchodzi do kin 17 października. Jest laureatką Grand Prix Festiwalu
Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za "Pręgi" (2004). Wywiad przeprowadził Marcin Żukowski.
- Zacznijmy od końca – czy „Senność” to film z happy endem?
- W pewnym sensie. Chociaż historia jednego z bohaterów
kończy się śmiercią to ta śmierć staje się dla niego okazją do zrobienia czegoś
po swojemu. Brzmi to może trochę okrutnie, ale dopiero pod koniec swojego życia
Robert (Krzysztof Zawadzki) zaczyna żyć tak jak chciał. Na jego drodze pojawia
się też dwójka innych głównych bohaterów – Róża (Małgorzata Kożuchowska) i Adam
(Rafał Maćkowiak) – którzy przeglądając się w jego losie będą potrafili przebudzić
się z emocjonalnego zawieszenia, w które popadli. W tym sensie końcówka filmu
daje pewną nadzieję. Śmierć Roberta jest oczywiście tragedią, ale jest też ta
druga strona, o której mówiłam. To jest taki pozorny happy end. Myślę, że to
jest najbardziej trafne określenie.
- Tytułowa „Senność” nie dotyczy tylko chorej na narkolepsję
Róży granej przez Małgorzatę Kożuchowska. Jakie przesłanie niesie ze sobą
tytuł?
- Chcieliśmy, żeby „Senność” nie była jednowymiarowa. Ona
określa pewien stan uśpienia emocjonalnego albo tkwienia w czymś, co nie jest
dla nas do końca dobre. W przypadku Róży występuje też ta dosłowna senność,
czyli narkolepsja. Jednak ważne jest też to w jakim stanie jest związek Róży z
mężem. To również jest swego rodzaju senność, bo w tym związku nie ma
pozytywnej energii. Doszło do wypalenia uczuć. W tej historii staraliśmy się
pokazać właśnie zimno, pustkę i samotność panująca w domu bohaterów. W wątku
Roberta za senność możemy uznać z jednej strony jego niemoc twórczą, a z
drugiej uśpienie uczuć, ponieważ bohater tkwi w związku, który już od dawna nie
ma sensu. Natomiast w przypadku Adama senność jest chyba najmniej dosłowna, bo
ona określa to, że on przez długi czas nie był w stanie przeciwstawić się
pewnemu schematowi – są rodzice, pewne normy, których powinien przestrzegać.
Wszystko, co jest wyłamaniem się jest przebudzeniem. Tak naprawdę film, mimo iż
nosi tytuł „Senność”, jest bardziej o przebudzeniach. Chociaż senność jest
punktem wyjścia to najważniejsze są te momenty wyjścia, radykalne kroki ku
zmianie.
- Czy ten film jest według Pani bardziej optymistyczny czy
pesymistyczny?
- Moja natura nakazuje mi, by nie robić niczego do końca
mrocznego. Jestem osobą pogodną i chociaż los różnie mnie doświadczał to staram
się zawsze szukać światełka. „Senność” to w zasadzie dramat psychologiczny, ale
oscyluje między różnymi konwencjami i filmowymi. Dlatego też może wydawać się
trochę lżejszy niż „Pręgi”. W moim
nowym filmie staram się pokazać pewien
dystans bohaterów jak i nas, twórców, do niektórych zdarzeń, które niesie los. Myślę, że „Senność” jest filmem
pozytywnym i optymistycznym, chociaż pokazuje, że tego optymizmu trzeba czasem
szukać w czymś, co jest ciemne i nie do końca miłe.
- „Senność” i „Pręgi” mają jednak pewne wspólne cechy – choćby
podobną ekipę twórców filmu. Dlaczego pracuje Pani z tymi samymi ludźmi i skąd
w ogóle wziął się Wasz zespół?
- Myślę, że twórcze spotkanie było nam pisane. Na przykład z
Wojtkiem Kuczokiem poznawaliśmy się trzy razy. Pierwszy raz zobaczyliśmy się w
pociągu, w drodze na dzień otwarty do szkoły aktorskiej, bo oboje chcieliśmy
być aktorami. Potem nasze drogi rozchodziły się aż wreszcie Krzysztof Zanussi
nas skojarzył i doradził współpracę. Natomiast z Marcinem Koszałką znamy się
jeszcze ze szkoły filmowej. Zawsze bardzo podobało mi się to, że Marcin robi
przepiękne artystycznie zdjęcia, ale zawsze adekwatne do treści. Jest to
operator, który nie rezygnuje nigdy z pewnego poziomu wizualnego, nie
zapominając jednak, o czym opowiadamy. Ta grupa jest oczywiście większa – jest Adrian
Konarski, kompozytor, Wojtek Mrówczyński, który odpowiada za montaż.. Od lat
współpracuje z nami Michał Żebrowski. Mogłabym tak dalej wymieniać. Jest w tym
siła. Znamy się od lat. Możemy na sobie absolutnie polegać – zarówno w kwestiach
artystycznych jak i prywatnych. Dla mnie ta praca jest szalenie dobra z tego
względu, że zawsze mogę liczyć na pomoc moich współpracowników.
Z drugiej strony wszyscy jesteśmy dość ambitni, głodni życia
i twórczości. „Senność” jest naszym kolejnym krokiem, próbą rozliczenia się z
pewnym etapem życia. „Pręgi” były pod tym względem podobne, choć tam
zastanawialiśmy się, jak dzieciństwo determinuje dorosłe życie.„Senność” mówi z
kolei o pewnej niemocy twórczej, w której i my się znaleźliśmy -- zarówno Wojtek
Kuczok, jak i ja. W tym filmie także robimy rachunek sumienia. Mam wrażenie, że
z każdym kolejnym etapem współpracy odkrywamy siebie na nowo.
- Jest to Pani drugi film na podstawie prozy Wojciecha
Kuczoka. Dlaczego znów zdecydowała się Pani na scenariusz adaptowany?
- W ciągu ostatnich czterech lat, które minęły od realizacji
„Pręg”, miałam cztery inne projekty – „Krzyż” Andrzeja Saramonowicza,
„Dziesiątą muzę” i „Obywatela Johna Doe” Dawida Kędzi, czyli scenariusze
oryginalne oraz „Hotel Park”, świetny scenariusz Krzysztofa Teodora Toeplitza
na podstawie książki Leopolda Tyrmanda. Na wszystkie te projekty dostawałam
dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej , ale producentom nie
udawało się domknąć budżetu. Tak więc wszystkie cztery inicjatywy kolejno
padały. Natomiast kiedy Wojtek zadzwonił do mnie z pomysłem zrobienia
„Senności” to nie wiem czy upłynął rok od tamtego momentu do realizacji filmu.
Być może tamte projekty nie były mi pisane. Być może nie dojrzałam do
niektórych rzeczy. Może nie czułam tamtych projektów tak jak czuję twórczość
Wojtka. My bardzo podobnie myślimy. Odpowiada mi jego język, humor,
inteligencja, sposób budowania postaci i inne cechy, które powodują, że
czuję jego scenariusze jakby były moje. To tak jak z zakochaniem się w
jakimś filmie lub obrazie od pierwszego czytania czy spojrzenia. Ja tak mam z
prozą Wojtka. Czytam bardzo dużo różnych rzeczy, ale nic mnie tak nie porusza
jak jego twórczość.
- Film dostał w Gdyni
Złotego Klakiera, nagrodę publiczności. Często twórcy mówią, że nagroda od
publiczności jest tą najważniejszą. Gdyby wybierać - lepiej otrzymać nagrodę od
środowiska filmowego, zebrać pochlebne opinie krytyków czy tez zgarnąć laur od
publiczności i zobaczyć jak ludzie tłumnie idą do kin?
- Najważniejsi są widzowie. Nie robi się filmów dla nagród.
Nie robi się też filmów dla własnej satysfakcji, chociaż moje filmy są też
pewną próbą znalezienia odpowiedzi na pytania, które sama sobie stawiam. Na
opiniach widzów szczególnie mi jednak zależy. Któregoś dnia, po „Pręgach”,
podszedł do mnie jakiś mężczyzna i powiedział, że bardzo dziękuje mi za ten
film, bo dzięki niemu zrozumiał swojego ojca. Nigdy nie usłyszałam lepszej
recenzji. Nie mogę jednak powiedzieć, że Złote Lwy, które dostałam cztery lata
temu, nie były dla mnie czymś szalenie ważnym. To było jak tchnięcie we mnie
nowej energii. Miałam poczucie, że moja praca została doceniona, ze ta nagroda
to znak, że dalej będę robić filmy. „Senność” zaś jest bardziej kontrowersyjna.
Nie znaczy to jednak, że mniej ją lubię. Jestem głęboko przekonana, że znajdzie
swoich widzów
- Czyli z „Senności” jest Pani bardziej zadowolona niż z
„Pręg”?
- Kocham „Pręgi” i będę je kochać zawsze, ponieważ to był
mój pierwszy film. Życie „Senności” się dopiero zaczęło, ale myślę, że to
film dojrzalszy– zarówno od strony
emocjonalnej jak i formalnej.
- Jak debiutem wygrywa się największy festiwal filmowy w
Polsce to potem łatwiej czy trudniej zrobić kolejny film?
- Dużo trudniej. Przed „Pręgami” realizowałam głównie filmy
dokumentalne i miałam cichą nadzieję, że
jeżeli ta pierwsza fabuła się uda, będzie ona czymś w rodzaju pomostu do
realizacji kolejnych filmów kinowych. Paradoksalnie jednak po „Pręgach” nie
mogłam zrobić żadnego filmu i gdyby nie Krzysztof Zanussi to nie wiem czy bym
zrobiła ten. Z żadnym innym producentem nie udało mi się doprowadzić filmu do
realizacji. Przez te cztery lata nie mogłam znaleźć pieniędzy na cokolwiek.
- Dlaczego tak jest?
- Trudno to zrozumieć. Nie znamy wszystkich mechanizmów
świata. Nie wiemy czy to, co się nam przydarza, nie jest napisanym z góry
scenariuszem. Mnie dziwi tylko to, że każdy z moich projektów był wysoko
oceniany i mimo to żaden z nich nie powstał. A „Senność” od razu. Dlaczego tak
się stało? Być może wierzono już w pewną siłę naszego – Wojtka Kuczoka i mojego
– duetu. Może we dwójkę jesteśmy silniejsi niż w pojedynkę. Z drugiej strony
może jest tak, że w opinii środowiska cztery lata przerwy były mi potrzebne.
Słyszałam różne opinie. Niektórzy uważali, że jestem zachłanna, bo chce robić
film po filmie. Inni sądzili, że drugi film nie może się „udać”, więc lepiej
nie ryzykować. Ostatecznie zawsze nie zamykaliśmy budżetu. Jest też druga
strona medalu. W środowisku utarło się przekonanie, że jestem trudna. Uważam,
że reżyseria jest sztuką kompromisu i na pewne ustępstwa pójść trzeba. Jednak
pewne decyzje, na przykład obsadowe, czasami są dla mnie nie do podważenia. -
- A z dzisiejszej perspektywy jak może Pani ocenić tą przerwę
w realizacji filmów? Jak wpłynęła ona na Pani pracę?
- Przez te cztery lata cały czas pracowałam. Robiłam teatr
telewizji, dokumenty, spektakl „Łucja szalona” w Teatrze Słowackiego w
Krakowie, „Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków” z udziałem osobistości
świata mediów, kultury i polityki. Poza tym napisałam doktorat, wykładam na
uczelni. Zachowałam więc pewną ciągłość zawodową, ale nie powiem by były to dla
mnie łatwe lata.
- A jak upadki tych kolejnych projektów wpłynęły na
„Senność”? Czy udało się Pani w tych ciemnych momentach wyszukać jakieś
jaśniejsze strony?
-Starałam się z tej twórczej niemocy uczynić siłę, kumulować
energię tak, żeby w następnym projekcie zbiegły się wszystkie moje zawodowe
doświadczenia. Reżyseria jest jednak zawodem praktycznym. Bez pracy na planie
trudno jest utrzymać dyspozycję zawodową. Jak pada jeden projekt to nie jest to
jeszcze tragedia, ale jak pada drugi, trzeci, czwarty, to można mieć kłopot.
Dlatego starałam się pracować z aktorami w teatrze czy robić inne rzeczy, które
pozwalały mi się rozwijać. Czasami czułam się jednak bezsilna. Nie jestem w
stanie zrobić filmu bez pieniędzy. Nie mogę cofnąć się do techniki cyfrowej czy
kina niezależnego, bo to byłoby dla mnie uwstecznienie. Chciałam zrobić coś co
byłoby krokiem dalej niż „Pręgi”.
- Mówi Pani o tym, że nie chciała się cofnąć do kina
niezależnego. Gdzie Pani zdaniem przebiega granica pomiędzy kinem niezależnym,
a kinem… No właśnie jakim? Czy to co Pani robi to kino komercyjne?
- Moim zdaniem nie uprawiam kina komercyjnego, mimo że w
moich filmach grają aktorzy popularni. Nie obsadzam ich po to, by przyciągnąć
ludzi do kin, ale dlatego, że widzę ich w poszczególnych rolach. Pojęcie kina komercyjnego jest dla
mnie zagadkowe. W pewnym sensie „Pręgi”, biorąc pod uwagę wynik kinowy, stały
się sukcesem komercyjnym. Ja jednak nie uważam, że jest to komercyjny film.
Myślę, że „Senność” jest filmem refleksyjnym, dramatem psychologicznym, który
ma pewien potencjał pozwalający przypuszczać, że stanie się filmem komercyjnym
- jeśli ludzie na niego pójdą. Myślę, że komercyjność nie jest kwestią
założenia, lecz bardziej percepcji, odbioru. Wydaje mi się, że kino komercyjne
nie może być – z założenia – kinem artystycznym, ale kino artystyczne – w
pewnych warunkach – może stać się kinem komercyjnym. - Jak doświadczenie dokumentalne wpływa na realizację
przez Panią filmów fabularnych?
- Myślę, że ma duży wpływ. Dokument dał mi warsztat oraz
szansę poznania różnych mentalności i osobowości ludzkich. Moje dokumenty są
bardzo formalne. Nie oznacza to, że u mnie forma jest ważniejsza niż treść. Tak
nigdy nie będzie. Lubię jednak kino z prawdziwego zdarzenia i uważam, że kiedy
mówimy o filmie dokumentalnym, to powinniśmy taką samą wagę przykładać do słowa
film, co do słowa dokumentalny.
- To kiedy kolejny film?
- Chciałbym wiedzieć...Mam nadzieję, że wcześniej niż
później . W ramach nagrody Złotego Klakiera dostałam zegarek. Już go założyłam
i będzie odmierzał mi czas do następnego filmu. Wierzę, że nie będzie opiewał
na cztery lata.
- Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę by ten czas oczekiwania
na kolejny film był tym razem krótszy.
- Dziękuję bardzo.
|