Dr. hab. Maciej Geller, dyrektor Festiwalu Nauki, fizyk z Uniwersytetu Warszawskiego odpowiadał na pytania MłodejRP dotyczące Festiwalu i tego do czego w życiu mogą nam się przydać nauki ścisłe. Rozmawiał Marcin Żukowski.
- Jest Pan świeżo po zakończonym Festiwalu Nauki. Była to
już jego dwunasta edycja. Jak się udała?
- Mieliśmy setki spotkań i wydarzeń. Główne debaty
przyciągnęły wielu słuchaczy. Zainteresowanie wzbudziły zarówno spotkania
dotyczące nauk ścisłych, jak i socjologii i psychologii. Udało się nam zrobić
debatę o Radiu Maryja i na szczęście przebiegła ona w spokojnej atmosferze. Mieliśmy
debatę na temat Polski i świata w kontekście zaufania społecznego i stosunku do
obcych. Wykład o Wielkim Wybuchu, mimo swojego skomplikowania, również cieszył
się ogromnym zainteresowaniem. Brakowało miejsc w Sali. Jestem tylko
niezadowolony z jednej dyskusji, która odbyła się na SGH – było tam fatalne
nagłośnienie i to zepsuło spotkanie. Jednak jestem zadowolony z całego Festiwalu.
Myślę, że nie mnie oceniać poszczególne spotkania czy cały Festiwal – każdy z
naszych Gości sam mógł sobie wypracować ocenę. To jest ważne.
- Skąd pomysł na motyw przewodni tegorocznego Festiwalu –
„Ziemia – planeta ludzi”?
- To akurat było proste. Rok 2007/2008 został ogłoszony
przez ONZ Rokiem Ziemi. My tą Ziemię traktujemy nie tylko przyrodniczo, ale
także humanistycznie. Interesuje nas więc przede wszystkim to, co dzieje się
między ludźmi.
- Czyli Festiwal Nauki nie ogranicza się jedynie do nauk
ścisłych?
- W języku angielskim „science” oznacza nauki przyrodnicze.
Natomiast my uważamy, że nauka, chociaż ma różne metodologie, nie ogranicza się
tylko do nauk przyrodniczych. To jest głównie kwestia językowa, bo co innego
pod pojęciem „nauki” można rozumieć w Polsce, a co innego w Wielkiej Brytanii
czy w Stanach Zjednoczonych.
- W jednym z wywiadów mówił Pan, że zadaniem Festiwalu jest
między innymi walka z obecną wokół nas agresją. Jednak nie jest to chyba jego
główny cel. Jaką misję ma więc Festiwal Nauki?
- Jest co najmniej kilka podstawowych misji przez nas
realizowanych. Naszym naczelnym zadaniem jest pokazywanie społeczeństwu,
ludziom którzy nauką się nie zajmują – zarówno młodym, którzy może kiedyś tą
nauką będą się zajmować, jak i starszym, czyli podatnikom, których pieniądze
idą między innymi na naukę. Uświadamiamy, że nauka Polsce jest potrzebna. Minęły
czasy, w których o pozycji gospodarczej decydowała waga poszczególnych metali
bądź siła mięśni. W tej chwili najlepiej zarabia się na nauce zawartej w
sprzedawanych produktach. To jest najlepszy biznes na świecie. Te kraje, które
to zrozumiały, na przykład Finlandia. Tam w pewnym momencie postanowiono
inwestować w naukę i mają Nokię. Polska nie ma swojej Nokii. Finowie zanim
zaczęli ostro inwestować w naukę w ogóle się w niej nie liczyli. Jak Nokia
zaczęła odnosić sukcesy to Finowie zaczęli inwestować w technikę światłowodową
i znowu wywindowali się bardzo wysoko. Rząd dawał środki na naukę nawet mimo
pewnych załamań gospodarczych. W latach 80. Pojawiła się w Finlandii dziura
budżetowa. Postanowiono więc ciąć wydatki, ale na naukę zwiększono je
dwukrotnie. Coś więc w tym musi być. Wracając jednak do głównej myśli – to czy
Polska będzie robotnikiem, hydraulikiem czy technikiem Europy, przy szacunku
dla tych zawodów, czy będzie brała udział w rozdawaniu kart od strony
gospodarczej. Niestety jednak w naszej nauce jest bardzo niedobrze. Głównie
przez to, że nauka jest niedoinwestowana – udział środków na badania naukowe w
rządzie Tadeusza Mazowieckiego był na poziomie 0,5 % PKB. Wtedy pierwszy
gabinet po zmianie ustrojowej twierdził, że chce dojść do poziomu wydatków na
naukę w granicy 2-3% PKB. Taki bowiem jest poziom tych wydatków w najbardziej
rozwiniętych krajach. W Polsce było o tyle gorzej, że mieliśmy słaby przemysł,
który nie mógł – tak jak na Zachodzie – finansować badań. Niestety po okresie
rządów Mazowieckiego poziom wydatków na naukę zaczął się liniowo obniżać –
ostatnio wyniósł chyba 0,28 % PKB. Oczywiście samo PKB rośnie, nie znaczy to więc
że wydajemy mniej, ale procentowy udział wydatków na badania naukowe jest
żenująco mały. Pierwszą myślą Festiwalu jest więc pokazanie, że nauka jest ważna
dla przyszłości Polski. Jak nauka będzie na wyższym poziomie, to gospodarka
również wzrośnie, a to pozwoli na zwiększenie wydatków na zdrowie, emerytury
czy płace. Druga z naszych idei to zaprezentowanie ludziom, że nauka przydaje
się w życiu codziennym. Jeśli człowiek lepiej rozumie mechanizmy otaczającego
go świata to trafniej może podejmować decyzje. Nauka nie odpowiada na wszystkie
pytania i nigdy na nie nie odpowie. Udziela nam jednak rad w wielu kwestiach i
to nie tylko fizyczno-biologiczno-chemicznych, ale np. w sprawach wychowania
dzieci, rodziny i problemów społecznych.
- Upowszechnianie nauk ścisłych to jest, jak Pan powiedział,
podstawowe zadanie Festiwalu. Po co być bliżej z fizyką, biologią i innymi tego
typu naukami?
- To ma dwojaki cel. Jak spojrzymy na to, w jakich
kierunkach chcą się kształcić młodzi ludzie to zobaczymy, że kierunki przyrodnicze
od paru ładnych lat spadają w takich rankingach. To niedobrze. Potrzebni nam są
bowiem zarówno inżynierowie, a tutaj bez fizyki i matematyki może być trudno. Z
nauką jest jeszcze takie „nieszczęście”, że nie można w niej niczego
zaplanować. Nie można powiedzieć, że za pięć lat wynajdziemy lekarstwo na raka,
bo to może okazać się niemożliwe. Jednak badania, które na pierwszy rzut oka
nie wiadomo czemu służą potem mogą zyskiwać niesamowite zastosowania. Na
przykład, gdy zgłaszano laser do urzędu patentowego to jako jego zastosowanie
podano ułatwienie w korzystaniu z maszyny do pisania. Zupełnie nie zdawano
sobie sprawy z tego, do czego można będzie laser wykorzystywać. Takich
przypadków możnaby wyliczyć więcej. Myślę, że młodych Polaków do nauk ścisłych
np. do fizyki zniechęca też szkoła. Niestety szkoła często zabija
zainteresowanie naukami przyrodniczymi, a może w ogóle nauka. Fizyka jest nauką
eksperymentalną, a w szkole przedstawia się ją tylko na papierze. Na
Uniwersytecie mamy pracownie, mamy kadry, a we wrześniu nie ma jeszcze
studentów, więc możemy tutaj wpuścić ludzi i coś pokazać. Chcemy zachęcić tych,
których szkoła nie potrafiła zainteresować, a są zdolni i mogą wybrać fizykę
jako swoją drogę życia.
- A jak mógłby Pan zachęcić młodego ucznia, który odinteresował się np. fizyką, do tego,
aby jednak po tą fizykę sięgnął? Dlaczego warto? Co nauka może mu dać?
- Musi się zacząć rozglądać. Na przykład w Warszawie Wydział
Fizyki UW robi różnorodne imprezy dla uczniów. Po drugie Internet dostarcza
wielu pomysłów na eksperymenty. Są też ciekawe książki popularnonaukowe. Trzeba
być po prostu aktywnym w pozytywnym znaczeniu. A do czego może się przydać
fizyka? Operował Pan kiedyś GPSem?
- Tak.
- Uznajemy, że to fajna rzecz. Nie wiem czy wie Pan, że
dokładność GPSu musi wynikać z ogólnej teorii względności.
- Nie wiem.
- Więc właśnie się Pan dowiedział i to jest przykład po co
fizyka w życiu codziennym. Oczywiście nie zmuszamy każdego by rozumiał
wszystko, ale do czegoś może się ona nam przydać. Myślę, że problem dzisiaj
wynika też z małego zainteresowania naukami ścisłymi i niedoinwestowania w
edukację. Gdy ja studiowałem na pierwszym roku fizyki było nas 180 osób. Dziś
na fizykę jest mniej chętnych niż miejsc. Kiedyś jednak szkoła była inna. Ja
miałem pracowanie fizyczną, a moi nauczyciele byli inni. Nauka jest
następnikiem edukacji, trzeba o tym pamiętać. Natomiast jeżeli zawód
nauczyciela jest bardzo źle traktowany, a płace są bardzo niskie to poza
garstką (strzelam, że będzie to około 20%) ludzi, którzy chcieli być
nauczycielami z powołania znaczna część nauczycieli ma podejście – jak już nic
innego nie potrafię robić to zostanę nauczycielem. To zdanie może oczywiście
wywołać znaczny sprzeciw środowiska nauczycielskiego, ale ja uzasadnię je w ten
sposób – mam czwórkę dzieci i kiedyś przechodziły one przez polski system
oświatowy. Miałem więc możliwości przyglądania się. Zdarzali się bardzo fajni
nauczyciele, ale byli też tacy, którym powinno się chyba zakazać uprawiania
zawodu, bo nie lubili młodzieży i zupełnie nie potrafili uczyć. To o kwestii
nauczycieli, a niedoinwestowanie edukacji odbija się na tym, że brak jest
pracowni czy kółek zainteresowań. Nasza młodzież jest też uczona zbyt dużej
ilości wiedzy encyklopedycznej. A taki tryb nauki, szczególnie w stosunku do
nauk przyrodniczych, odstrasza. Dobrze, że chociaż matematyka wraca na maturę.
Matematyka uczy logicznego i abstrakcyjnego myślenia i dużym błędem było
wycofanie jej z matury. Dobrze, że wraca.
- Wspominał Pan o niedoinwestowaniu w oświatę czy naukę. Czy
ma Pan jakiś scenariusz dotyczący reform nauki albo oświaty?
- Temat reformy nauki przebija się do polityków. Najczęściej
jednak pojawia się w okresie kampanii wyborczej. Wtedy kandydacie mówią, że
warto inwestować w naukę, a potem – po objęciu urzędów – szybko o tym
zapominali. Polska nauka ma jednak swoje jasne strony. Ma też ciemne, jak
wszystko, ale są w niej też ludzie z pasją. Podobnie jak w edukacji. Niestety
jednak trzeba wyciągnąć z tego wszystkiego jakąś średnią. Wygląda ona
nieciekawie, co wynika właśnie z niedoinwestowania.
- Zmieńmy temat na bardziej pozytywny – jakie są plany na
kolejną edycję Festiwalu Nauki, za rok?
- Tegoroczny Festiwal zakończył się w głównej odsłonie.
Teraz będziemy kontynuować pewne jego etapy przez cały rok. W listopadzie
będziemy mieć spotkanie z cyklu „jak to działa”. Od pięciu lat na Festiwalu
mieliśmy takie wydarzenia, podczas których omawialiśmy różne urządzenia i
pokazywaliśmy jak one działają. W tym roku zaś zrobimy taką imprezę w
listopadzie. Pokażemy jak działa Wielki Zderzacz Hadronów. Jest to największe
urządzenie naukowe na świecie i to zrobione wspólnie – od Japonii, przez Chiny
i Rosję, Europę aż po Stany Zjednoczone. Niezależnie od „jak to działa” ruszamy
z Kawiarnią Naukową. Od października będziemy w Trafficu przy Brackiej
rozmawiać o bieżących tematach naukowych. W przyszłym roku chcemy zwiększyć
ilość warsztatów na Festiwalu, czyli zajęć podczas których nasi Goście sami coś
robią, a nie tylko słuchają.
- Tak właściwie to skąd w ogóle wziął się pomysł na Festiwal
Nauki?
- Zaczęło się w 1996 roku, jesienią. W tamtym okresie
współpracowałem z wybitnym fizykiem – profesorem Davidem Shugarem. Któregoś
dnia przyszedł do mnie i opowiedział, że był w Edynburgu na takim festiwalu
nauki, pierwszym na świecie. Zaproponował by coś podobnego zrobić w Warszawie. Pomysł
mi się od razu spodobał. Wtedy powstał manifest, który jest na naszej stronie
internetowej. Na pierwszym Festiwalu (w 1997 roku) były 72 spotkania, które
odbyły się w sobotę i niedzielę. Później rozszerzaliśmy Festiwal o kolejne
ciekawe punkty programu.
- Z każdą edycją jest łatwiej czy trudniej? Nie ma Pan
uczucia wypalenia?
- Nie, nie. Jak zaczynaliśmy to wszyscy nas zniechęcali.
Mówiono nam, że to się musi nie udać. Pamiętam jedną rozmowę z pewnym rektorem
UW, który powiedział mi, że jak przyszedłem do niego z Festiwalem pierwszy raz
to pomyślał sobie, że znowu ten Maciek-idealista coś wymyślił, ale nic nie
mówił bo nie chciał mnie zniechęcać. Jednak jakoś się udało. Na początku
namówiłem swoich znajomych z dawnej „Solidarności” i od tego się zaczęło.
Potem, gdy zaczęli przychodzić ludzie na Festiwal, zaczęło się robić łatwiej,
bo coraz więcej naukowców było zainteresowanych współpraca. Jak człowiek sądzi,
że robi coś sensownego to nie powinien się przerażać, że coś jest niewykonalne
tylko spróbować robić, a nuż się uda.