|
„Równość, której żądamy, to najbardziej znośny stopień
nierówności.” Georg Christoph Lichtenberg
Film o znanym w Stanach Zjednoczonych polityku, Harveyu
Milku. No właśnie, u nas chyba mało kto o nim słyszał. Kim był? Człowiekiem,
który zrzeszył tysiące homoseksualistów i walczył o ich prawa. Zginął,
zastrzelony przez jednego z polityków. To żadna tajemnica, gdyż film już na
samym początku o tym mówi.
Nie ma co ukrywać, że film porusza głównie tematykę
homoseksualistów i ich problemów. Wszelkie poboczne dramaty postaci, dylematy,
czy uniwersalne hasła – są puste, jak niektóre kampanie samego Milka (np.
zdobycie poparcia dzięki ustawie o nakazie sprzątania przez właścicieli
odchodów swoich czworonogów). W reklamie, którą zobaczyłem jadąc metrem, zauważyłem
wyraźnie wymuszone przez dystrybutorów hasła, że jest to film o tym, jak w
życiu należy być sobą i nie zwracać uwagi na otoczenie. Bardzo płytkie
zagranie, zupełnie nietrafiające w przesłanie „Obywatela Milka”.
Reżyserem tego biograficznego filmu jest Gus Van Sant. Spore
zaskoczenie uderzyło mnie kiedy się o tym dowiedziałem, gdyż kojarzy mi się on
przede wszystkim z bardzo trudnymi w odbiorze filmami niekomercyjnymi.
„Obywatel Milk” jest jego najbardziej komercyjnym projektem od ponad ośmiu lat.
Bez wątpienia niedobre posunięcie. Van Sant pasuje do bardzo trudnych historii,
podanych w jeszcze trudniejszy do strawienia dla większości widzów sposób. „Gerry”,
„Słoń” i „Last days” ukazywały poważne problemy niektórych ludzi. Rozdwojona
osobowość i dylemat wyboru jednego człowieka, drastyczne działania podejmowane
bez większego powodu – to ulubione tematy tego wizjonera, twórcy obrazów, które
wymykają się wszelkim zasadom kręcenia filmów i za które pewnie wykładowcy łódzkiej
filmówki oblewaliby studentów.
Czym różni się „Obywatel Milk” od innych filmów
opowiadających o homoseksualistach? Jako że mainstreamowe filmy należy
porównywać do właśnie takich produkcji to „Tajemnica Brokeback Mountain” Anga
Lee będzie tu dobrym przykładem. O ile film Anga pokazuje walkę o prawa
homoseksualistów jedynie w małych kręgach (rodzina, praca, miasteczko), o tyle
film Gusa ukazuje tłumy gejów maszerujących i wykrzykujących wolnościowe hasła.
Zabawne jest jedynie to, że zamiast odwiecznego symbolu każdego patetycznego
filmu, flagi Stanów Zjednoczonych, także mamy flagę, lecz tą w kolorach tęczy.
Film jest definitywnie stylizowany na dokument. Prawdziwe materiały
z lat siedemdziesiątych są przeplatane z tymi nagranymi przez ekipę filmową. By
nie tworzyć kontrastu, nałożono efekt 16-milimetrowej kamery. Udany zabieg.
Mniej udany jest za to montaż filmu. Po pierwsze, film jest stanowczo za długi,
jak na tak statyczną historię. Po drugie, niektóre sceny są zupełnie
niepotrzebne, wyglądają jakby je wrzucono tylko dlatego, by nie marnować taśmy.
Niby kiedyś był to styl Van Santa, ale w tym filmie wygląda jak duża
niekonsekwencja.
Czy film ma jakieś zalety? Owszem, jedną, za to bardzo
istotną – doskonałych aktorów. Najjaśniejszy punkt całego filmu, a także jedyny
i zarazem największy powód, by ten film jednak obejrzeć – Sean Penn.
Znienawidzony przez Akademię Filmową za swoją niepoprawność, nie daje się
jednak wyrzucić z Hollywood. Penn w wielu filmach dał wspaniały pokaz sztuki
aktorskiej i nie inaczej jest tym razem. Wielu aktorów, nawet jedni z
najlepszych, przenoszą do kolejnych ról pewną cząstkę siebie. Ale nie Sean. On
jest za każdym razem zupełnie innym człowiekiem i tym filmem przekonał mnie
ostatecznie, że jest jednym z moich ulubionych aktorów. Postać Harveya Milka
jest jedną z najlepszych w jego karierze i jako, że nie dostał za nią Złotego
Globu, z duża pewnością może liczyć na Oscara. Cieszy, że reszta z wielu
męskich postaci w tym filmie, jest zagrana na bardzo wysokim poziomie. James
Franco przekonuje swoim pozornym spokojem, Emile Hirsch doskonale wypada w roli
buntownika, a Diego Luna jako młodzieniec z dużymi problemami. Postacie są
wielką zaletą tego obrazu.
Sam scenariusz niestety nie przekonuje. Jest zwyczajną,
kolejną biografią znanego człowieka, którego śmierć uczyniła symbolem. I to
jest z kolei, największa wada filmu. Po Gusie Van Sancie mamy prawo oczekiwać
dużo więcej, gdyż nas do tego przyzwyczaił swoimi poprzednimi filmami. A tutaj?
Zwyczajna produkcja, która tworzy środowisko dla doskonałych aktorów do gry.
Czyli podręcznikowy przykład filmu szytego pod Oscary. Zabawnie dopełnili to
polscy dystrybutorzy, dając w tytule prostacką aluzję do słynnego „Obywatela
Kane’a”. Naprawdę rozczarowujące…
Dużo złego napisałem o filmie i można by pomyśleć, że
powinniśmy o nim zapomnieć. „Obywatela Milka” ogląda się dosyć dobrze, ale
TYLKO ze względu na oszałamiająco dobre aktorstwo. Oczywiście wielu osobom to
wystarcza, recenzent musi standardowo skrytykować co się da. Jeżeli nie
szukacie w kinie „ukrytego dna”, lubicie i akceptujecie komercyjne kino
amerykańskie, to zachęcam Was do obejrzenia tego filmu. Bo to dosyć dobra
rzemieślnicza robota, ale szkoda, że nic ponad to.
|